FAQFAQ   SzukajSzukaj   UżytkownicyUżytkownicy   GrupyGrupy   GalerieGalerie Karmelitańska cela 
 ProfilProfil   Zaloguj się, by sprawdzić wiadomościZaloguj się, by sprawdzić wiadomości   ZalogujZaloguj 
 
Chcesz schudnąć przed Sylwestrem?
Kup Teraz a 30 dniową dietę otrzymasz za darmo!
Tylko 137 zł TRIZER + indywidualna dieta
Życiodajna symbioza - związek między modlitwą a życiem

 
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Karmelitańska cela Strona Główna -> Modlitwa

Małgorzata
Apostoł



Dołączył: 05 Paź 2006
Posty: 130
Przeczytał: 0 tematów

Skąd: Olsztyn

PostWysłany: Śro 13:45, 11 Lip 2007    Temat postu: Życiodajna symbioza - związek między modlitwą a życiem
 
Andrzej Ruszała OCD

Modlitwa i jej jakość są nierozerwalnie związane z całą resztą życia chrześcijańskiego i związek ten jest obustronny, tzn. modlitwa i jej jakość wpływa na życie, co na ogół przyjmujemy bez większych zastrzeżeń. Nieco trudniej nam jednak czasem zauważyć zależność odwrotną tzn., że życie i jego styl znacząco wpływa na naszą modlitwę i jej jakość, a więc że często tym, co najbardziej służy rozwojowi i pogłębieniu modlitwy wcale nie jest to, co robimy w czasie modlitwy, lecz właśnie poza nią.

Modlitwa a oddanie się Bogu w konkretach życia

Wzrost w modlitwie polega przede wszystkim na wzroście w miłości i na czystości serca, a prawdziwą miłość praktykuje się o wiele bardziej poza czasem ściśle przeznaczonym na modlitwę niż podczas jej trwania. Całkowitą iluzją można nazwać pragnienie głębokiej modlitwy bez równie głębokiego i szczerego, widocznego w całym życiu pragnienia całkowitego oddania się Bogu, a więc zgodności naszego życia z Jego zamysłem i Jego wolą. Bez takiej postawy modlitwa bardzo szybko kostnieje i zamiera. Jedynym bowiem sposobem, żeby Bóg mógł nam siebie dać w pełni – a taki jest cel modlitwy – to samemu oddać się Jemu bez reszty w naszym życiu. Bóg przyjmuje od nas tyle naszego serca i naszego życia, ile Mu damy, ale nigdy nie odda nam się całkowicie, jeśli my nie oddamy Mu się całkowicie. Otrzymamy wszystko, gdy wszystko ofiarujemy.

Jeśli natomiast zachowujemy w naszym życiu jakąś „dziedzinę zarezerwowaną”, coś, czego świadomie nie chcemy powierzyć Bogu, na przykład jakąś wadę, choćby niewielką, na którą rozmyślnie przyzwalamy, nie robiąc nic, żeby się zmienić, czy też jakieś świadome nieposłuszeństwo albo odmowę przebaczenia komuś, kto nas kiedyś zranił, to nasza modlitwa będzie chora i mało owocna.

Miłość ma naturę ekstatyczną w dosłownym znaczeniu tego terminu. Etymologicznie słowo „ekstaza” pochodzi z łacińskiego: ex stasis, oznaczającego wyjście z siebie i stanięcie na zewnątrz. Ponieważ ekstaza to nic innego dla duszy jak opuszczenie siebie, by być porwanym w życie Boga, to – abstrahując od mistycznego znaczenia tego terminu – w sposób etymologicznie dosłowny czyni to ten, kto jest posłuszny Bogu, gdyż w ten sposób niejako opuszcza siebie i pełnienie swojej woli, czyniąc się zdolnym do przylgnięcia do Boga. Tak więc, żeby się oddać Bogu, trzeba opuścić siebie.

Gdy miłość jest silna, wtedy żyjemy w drugiej osobie bardziej niż w sobie samym. Wiedzą o tym wszyscy zakochani. W jaki jednak sposób możemy w czasie modlitwy doświadczyć tego wyjścia z siebie i „wchłonięcia” w Boga, jeśli przez całą resztę dnia szukamy ciągle siebie, pełnienia swojej woli czy swoich zachcianek? Jeśli jesteśmy zbyt przywiązani do rzeczy materialnych, do swojej wygody, do nadmiernej troski o siebie? Jeśli nie potrafimy znieść jakichkolwiek przeciwności? Jeśli nie jesteśmy zdolni zapomnieć o sobie, a pomyśleć o innych, być dla innych bezinteresownym darem?

Wiele z tych postaw wiąże nas mimo wszystko, trudno się od razu z nich wyzwolić. Dlatego w życiu duchowym trzeba odnaleźć pewną równowagę, co nie zawsze jest łatwe. Z jednej strony musimy zaakceptować własną słabość i nie oczekiwać, że gdy zaczniemy się modlić, to od razu będziemy doskonali. Z drugiej jednak strony powinniśmy dążyć do doskonałości. Bez tego dążenia, bez stałego i mocnego pragnienia świętości – nawet jeśli wiemy, że własnymi siłami jej nie osiągniemy, że jedynie Bóg może nas do niej doprowadzić – modlitwa zawsze pozostanie czymś nieco sztucznym i abstrakcyjnym, jedynie pewną praktyką, która jednak nie będzie przynosić owoców. W naturze miłości leży bowiem dążenie do Ukochanego za wszelką cenę, nawet za cenę pewnego szaleństwa.

Modlitwa a styl życia

Trzeba być też świadomym, że istnieje pewien styl życia, który ułatwia modlitwę oraz taki styl, który jej przeszkadza. Jak bowiem może ktoś odnaleźć obecność Boga na modlitwie, jeśli przez cały czas jest rozbiegany wśród tysiąca, często niepotrzebnych a nieraz wręcz szkodliwych zajęć i spraw, jeśli bez reszty pochłania go życie towarzyskie, jeśli ciągle musi zaspokajać swoją ciekawość i próżność?

Serce, spojrzenie i umysł powinny znać pewien rodzaj postu i odwoływać się do niego w tym wszystkim, co mogłoby nas oddalać od Boga. Oczywiście nie sposób żyć bez żadnych chwil odprężenia, czy nawet rozrywek, ale bardzo ważne, żeby zawsze umieć potem wracać do Boga, który jednoczy naszą osobę i wszystko przeżywać z Nim.

Trzeba też wiedzieć, że tym, co ogromnie sprzyja rozwojowi modlitwy są starania, żeby wszystko, co nam się zdarza, przyjmować w całkowitym zawierzeniu, w pełnej pokoju ufności. Wierzyć w praktyce życia w to, co pisze św. Paweł w liście do Rzymian, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według Jego zamiaru (Rz 8, 2Cool.

Dlatego trzeba starać się żyć chwilą obecną, nie niepokojąc się przeszłością ani nie pozwalając się pogrążyć trosce o jutro, próbować czynić każdą rzecz ze spokojem, nie zadręczając się w tym samym czasie o inną. Nie jest to zapewne łatwe, ale próby te przynoszą błogosławione owoce.

Modlitwa a życie w obecności Bożej

Ważne jest również, aby stopniowo uczyć się w każdej sytuacji „żyć pod spojrzeniem Boga”, a więc w Jego obecności i w pewnego rodzaju stałym dialogu z Nim, pamiętając o Nim w trakcie naszych zajęć i wszystko przeżywając razem z Nim. Im bardziej ktoś stara się to czynić, tym łatwiej będzie mu się potem modlić w czasie przeznaczonym na modlitwę. Bez problemu bowiem odnajdzie Boga, zaczynając modlitwę, jeśli na dobrą sprawę w ogóle Go nie opuszczał. Modlitwa powinna prowadzić do modlitwy nieustającej, niekoniecznie w sensie ciągłego powtarzania jakichś formuł modlitewnych, lecz w sensie stałego przebywania w Bożej obecności.

Życie w obecności Boga i pod Jego spojrzeniem czyni człowieka wolnym. Często zaś żyjemy pod presją spojrzenia innych ludzi, w tym sensie, że nadmiernie przejmujemy się ich opiniami z lęku, że zostaniemy przez nich osądzeni i odrzuceni, albo też z pragnienia wzbudzenia u nich uznania czy podziwu. Jeszcze częściej chyba żyjemy pod presją swego własnego spojrzenia, które najczęściej prowadzi do skrajnego patrzenia na siebie: samooskarżenia lub samouwielbienia. Prawdziwą wewnętrzną wolność człowiek odnajdzie jednak tylko wtedy, gdy nauczy się żyć pod obiektywnym i sprawiedliwym spojrzeniem Boga, które jednocześnie zawsze jest spojrzeniem miłującym i miłosiernym.

Na temat tej praktyki „chodzenia w obecności Bożej” pośród różnych zajęć bardzo pięknie pisał br. Wawrzyniec od Zmartwychwstania Pańskiego, francuski karmelita żyjący w XVII w., który przez wiele lat swego życia zakonnego pełnił obowiązki kucharza. Dzięki tej praktyce potrafił wśród największego nawału pracy, pośród garnków i rondli żyć w głębokim zjednoczeniu z Bogiem i uczyć tej praktyki innych, o czym świadczą jego listy do osób, którym pomagał w ich duchowej drodze.

Wydaje się, że dla wielu osób zwłaszcza świeckich, którym z racji ich obowiązków zawodowych czy rodzinnych trudno poświęcić w ciągu dnia wiele czasu na modlitwę, ta praktyka przeżywania każdej chwili „pod okiem” i w świadomości obecności miłującego Boga, przy choć niewielkiej ilości czasu poświęconego w pełni dla Pana na modlitwę może przynieść wielkie i dobre owoce i stać się dla nich skutecznym środkiem do zażyłej bliskości z Nim.

„Głos Karmelu” (4/2006)
Andrzej Ruszała OCD

Modlitwa i jej jakość są nierozerwalnie związane z całą resztą życia chrześcijańskiego i związek ten jest obustronny, tzn. modlitwa i jej jakość wpływa na życie, co na ogół przyjmujemy bez większych zastrzeżeń. Nieco trudniej nam jednak czasem zauważyć zależność odwrotną tzn., że życie i jego styl znacząco wpływa na naszą modlitwę i jej jakość, a więc że często tym, co najbardziej służy rozwojowi i pogłębieniu modlitwy wcale nie jest to, co robimy w czasie modlitwy, lecz właśnie poza nią.

Modlitwa a oddanie się Bogu w konkretach życia

Wzrost w modlitwie polega przede wszystkim na wzroście w miłości i na czystości serca, a prawdziwą miłość praktykuje się o wiele bardziej poza czasem ściśle przeznaczonym na modlitwę niż podczas jej trwania. Całkowitą iluzją można nazwać pragnienie głębokiej modlitwy bez równie głębokiego i szczerego, widocznego w całym życiu pragnienia całkowitego oddania się Bogu, a więc zgodności naszego życia z Jego zamysłem i Jego wolą. Bez takiej postawy modlitwa bardzo szybko kostnieje i zamiera. Jedynym bowiem sposobem, żeby Bóg mógł nam siebie dać w pełni – a taki jest cel modlitwy – to samemu oddać się Jemu bez reszty w naszym życiu. Bóg przyjmuje od nas tyle naszego serca i naszego życia, ile Mu damy, ale nigdy nie odda nam się całkowicie, jeśli my nie oddamy Mu się całkowicie. Otrzymamy wszystko, gdy wszystko ofiarujemy.

Jeśli natomiast zachowujemy w naszym życiu jakąś „dziedzinę zarezerwowaną”, coś, czego świadomie nie chcemy powierzyć Bogu, na przykład jakąś wadę, choćby niewielką, na którą rozmyślnie przyzwalamy, nie robiąc nic, żeby się zmienić, czy też jakieś świadome nieposłuszeństwo albo odmowę przebaczenia komuś, kto nas kiedyś zranił, to nasza modlitwa będzie chora i mało owocna.

Miłość ma naturę ekstatyczną w dosłownym znaczeniu tego terminu. Etymologicznie słowo „ekstaza” pochodzi z łacińskiego: ex stasis, oznaczającego wyjście z siebie i stanięcie na zewnątrz. Ponieważ ekstaza to nic innego dla duszy jak opuszczenie siebie, by być porwanym w życie Boga, to – abstrahując od mistycznego znaczenia tego terminu – w sposób etymologicznie dosłowny czyni to ten, kto jest posłuszny Bogu, gdyż w ten sposób niejako opuszcza siebie i pełnienie swojej woli, czyniąc się zdolnym do przylgnięcia do Boga. Tak więc, żeby się oddać Bogu, trzeba opuścić siebie.

Gdy miłość jest silna, wtedy żyjemy w drugiej osobie bardziej niż w sobie samym. Wiedzą o tym wszyscy zakochani. W jaki jednak sposób możemy w czasie modlitwy doświadczyć tego wyjścia z siebie i „wchłonięcia” w Boga, jeśli przez całą resztę dnia szukamy ciągle siebie, pełnienia swojej woli czy swoich zachcianek? Jeśli jesteśmy zbyt przywiązani do rzeczy materialnych, do swojej wygody, do nadmiernej troski o siebie? Jeśli nie potrafimy znieść jakichkolwiek przeciwności? Jeśli nie jesteśmy zdolni zapomnieć o sobie, a pomyśleć o innych, być dla innych bezinteresownym darem?

Wiele z tych postaw wiąże nas mimo wszystko, trudno się od razu z nich wyzwolić. Dlatego w życiu duchowym trzeba odnaleźć pewną równowagę, co nie zawsze jest łatwe. Z jednej strony musimy zaakceptować własną słabość i nie oczekiwać, że gdy zaczniemy się modlić, to od razu będziemy doskonali. Z drugiej jednak strony powinniśmy dążyć do doskonałości. Bez tego dążenia, bez stałego i mocnego pragnienia świętości – nawet jeśli wiemy, że własnymi siłami jej nie osiągniemy, że jedynie Bóg może nas do niej doprowadzić – modlitwa zawsze pozostanie czymś nieco sztucznym i abstrakcyjnym, jedynie pewną praktyką, która jednak nie będzie przynosić owoców. W naturze miłości leży bowiem dążenie do Ukochanego za wszelką cenę, nawet za cenę pewnego szaleństwa.

Modlitwa a styl życia

Trzeba być też świadomym, że istnieje pewien styl życia, który ułatwia modlitwę oraz taki styl, który jej przeszkadza. Jak bowiem może ktoś odnaleźć obecność Boga na modlitwie, jeśli przez cały czas jest rozbiegany wśród tysiąca, często niepotrzebnych a nieraz wręcz szkodliwych zajęć i spraw, jeśli bez reszty pochłania go życie towarzyskie, jeśli ciągle musi zaspokajać swoją ciekawość i próżność?

Serce, spojrzenie i umysł powinny znać pewien rodzaj postu i odwoływać się do niego w tym wszystkim, co mogłoby nas oddalać od Boga. Oczywiście nie sposób żyć bez żadnych chwil odprężenia, czy nawet rozrywek, ale bardzo ważne, żeby zawsze umieć potem wracać do Boga, który jednoczy naszą osobę i wszystko przeżywać z Nim.

Trzeba też wiedzieć, że tym, co ogromnie sprzyja rozwojowi modlitwy są starania, żeby wszystko, co nam się zdarza, przyjmować w całkowitym zawierzeniu, w pełnej pokoju ufności. Wierzyć w praktyce życia w to, co pisze św. Paweł w liście do Rzymian, że Bóg z tymi, którzy Go miłują, współdziała we wszystkim dla ich dobra, z tymi, którzy są powołani według Jego zamiaru (Rz 8, 2Cool.

Dlatego trzeba starać się żyć chwilą obecną, nie niepokojąc się przeszłością ani nie pozwalając się pogrążyć trosce o jutro, próbować czynić każdą rzecz ze spokojem, nie zadręczając się w tym samym czasie o inną. Nie jest to zapewne łatwe, ale próby te przynoszą błogosławione owoce.

Modlitwa a życie w obecności Bożej

Ważne jest również, aby stopniowo uczyć się w każdej sytuacji „żyć pod spojrzeniem Boga”, a więc w Jego obecności i w pewnego rodzaju stałym dialogu z Nim, pamiętając o Nim w trakcie naszych zajęć i wszystko przeżywając razem z Nim. Im bardziej ktoś stara się to czynić, tym łatwiej będzie mu się potem modlić w czasie przeznaczonym na modlitwę. Bez problemu bowiem odnajdzie Boga, zaczynając modlitwę, jeśli na dobrą sprawę w ogóle Go nie opuszczał. Modlitwa powinna prowadzić do modlitwy nieustającej, niekoniecznie w sensie ciągłego powtarzania jakichś formuł modlitewnych, lecz w sensie stałego przebywania w Bożej obecności.

Życie w obecności Boga i pod Jego spojrzeniem czyni człowieka wolnym. Często zaś żyjemy pod presją spojrzenia innych ludzi, w tym sensie, że nadmiernie przejmujemy się ich opiniami z lęku, że zostaniemy przez nich osądzeni i odrzuceni, albo też z pragnienia wzbudzenia u nich uznania czy podziwu. Jeszcze częściej chyba żyjemy pod presją swego własnego spojrzenia, które najczęściej prowadzi do skrajnego patrzenia na siebie: samooskarżenia lub samouwielbienia. Prawdziwą wewnętrzną wolność człowiek odnajdzie jednak tylko wtedy, gdy nauczy się żyć pod obiektywnym i sprawiedliwym spojrzeniem Boga, które jednocześnie zawsze jest spojrzeniem miłującym i miłosiernym.

Na temat tej praktyki „chodzenia w obecności Bożej” pośród różnych zajęć bardzo pięknie pisał br. Wawrzyniec od Zmartwychwstania Pańskiego, francuski karmelita żyjący w XVII w., który przez wiele lat swego życia zakonnego pełnił obowiązki kucharza. Dzięki tej praktyce potrafił wśród największego nawału pracy, pośród garnków i rondli żyć w głębokim zjednoczeniu z Bogiem i uczyć tej praktyki innych, o czym świadczą jego listy do osób, którym pomagał w ich duchowej drodze.

Wydaje się, że dla wielu osób zwłaszcza świeckich, którym z racji ich obowiązków zawodowych czy rodzinnych trudno poświęcić w ciągu dnia wiele czasu na modlitwę, ta praktyka przeżywania każdej chwili „pod okiem” i w świadomości obecności miłującego Boga, przy choć niewielkiej ilości czasu poświęconego w pełni dla Pana na modlitwę może przynieść wielkie i dobre owoce i stać się dla nich skutecznym środkiem do zażyłej bliskości z Nim.

„Głos Karmelu” (4/2006)


Post został pochwalony 0 razy
Powrót do góry
Zobacz profil autora
Napisz nowy temat   Odpowiedz do tematu    Forum Karmelitańska cela Strona Główna -> Modlitwa
Strona 1 z 1

Wyświetl posty z ostatnich:   
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach

 
Skocz do:  


fora.pl - załóż własne forum dyskusyjne za darmo
Skin Created by: Sigma12
Powered by phpBB © 2001, 2002 phpBB Group
Regulamin